Arin przebudził się gwałtownie. Przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest. Oddychał nierówno, a koszula przylgnęła mu do pleców, jakby przed chwilą biegł. Sen rozpadał się już na fragmenty, pozostawiając po sobie tylko jedno wyraźne wspomnienie: ogród. Był zbyt zielony i zbyt żywy, niemal bolesny w swojej wyrazistości. Liście drżały w świetle, którego źródła Arin nie potrafił dostrzec. Woda płynęła pomiędzy kamieniami, a nad nią unosiła się lekka mgła. Po drugiej stronie strumienia stał mężczyzna w prostej, ciemnej szacie. Arin nie widział dokładnie jego twarzy. Zapamiętał jedynie spojrzenie, które nie było obce. To właśnie niepokoiło go najbardziej. W pokoju panowała cisza, ale nawet ona nie była całkowita. Za ścianą pracowały przewody wentylacyjne, gdzieś niżej zadrżała instalacja, a zza okna dochodził jednostajny pomruk miasta. W tym miejscu cisza nie oznaczała braku dźwięku. Była jedynie chwilą, w której wszystkie odgłosy odsuwały się nieco dalej. Arin usiadł na łóżku i spojrzał na własne dłonie. Nie pamiętał, kiedy ostatnio śnił. Właściwie był pewien, że nie śnił od lat. Jego wspomnienia zawsze wydawały się uporządkowane. Miały początek, ciąg dalszy i zakończenie. Można było do nich wracać jak do dobrze opisanych plików w archiwum. Od pewnego czasu zauważał jednak drobne pęknięcia. Niektóre obrazy były zbyt gładkie, pozbawione zapachu, ciężaru i przypadkowych szczegółów. Wyglądały jak wspomnienia człowieka, który obserwował jego życie z zewnątrz. Wstał i podszedł do lustra wiszącego przy drzwiach. Szkło było pęknięte od górnej krawędzi aż po środek, przez co jego twarz rozpadała się na dwie lekko przesunięte części. Zobaczył znajome rysy, ciemne oczy i bliznę pod brodą. Wiedział, skąd ją miał. Tak przynajmniej pamiętał. Wtedy słowa wróciły. Baza Ciszy. Nie jak myśl, lecz jak echo głosu, który wcześniej znajdował się bardzo daleko. Arin nie wiedział, co oznaczają. Wiedział tylko, że nie słyszy ich po raz pierwszy. Kilka godzin później zszedł do starej części miasta. Archiwum mieściło się pod dawnym budynkiem administracyjnym, w pomieszczeniach, których nie przeniesiono jeszcze do centralnej sieci. Powietrze pachniało kurzem, rozgrzanym plastikiem i wilgocią. Większość terminali była martwa, a na półkach nadal leżały fizyczne nośniki danych, zbyt stare, by ktokolwiek chciał je kraść. Arin nie wiedział, czego szuka. Przeglądał katalogi, szczątkowe rejestry i opisy projektów usuniętych z oficjalnych baz. Nazwa nie pojawiała się nigdzie. Dopiero w jednym z uszkodzonych indeksów znalazł pusty wpis. Nie miał tytułu ani autora, tylko ciąg znaków, który po chwili rozpoznał jako datę. Była starsza niż jego najwcześniejsze wspomnienie. Nośnik znajdował się na końcu najniższej półki. Pokrywała go warstwa szarego pyłu, a obudowa była pęknięta w dwóch miejscach. Kiedy Arin dotknął powierzchni, poczuł krótkie ukłucie pod skórą, jakby przedmiot zachował resztkę napięcia. Zabrał go do domu. Prywatna stacja długo nie potrafiła odczytać danych. Ekran gasł kilka razy, pojawiały się błędy, a część plików miała uszkodzone nagłówki. Arin prawie zrezygnował, gdy na monitorze pojawił się obraz. Ogród. Nie przypominał nagrania. Miał głębię wspomnienia. Arin czuł wilgoć powietrza i zapach mokrej ziemi. Słyszał wodę płynącą pomiędzy kamieniami. Mężczyzna stał dokładnie tam, gdzie wcześniej. Tym razem odwrócił głowę. – Kazuo – powiedział Arin, zanim zdążył pomyśleć. Imię wyszło z jego ust naturalnie, jak coś używanego setki razy. Nie wiedział, skąd je znał. Postać spojrzała prosto w jego stronę. – Znowu próbujesz zatrzymać wodę – powiedział mężczyzna. Arin poczuł ucisk w klatce piersiowej. – Nie pamiętam tego miejsca. Kazuo przykucnął przy strumieniu i zanurzył palce w wodzie. – Pamiętasz więcej, niż ci zostawiono. Obraz zadrżał. Przez ogród przebiegły zakłócenia, jak pęknięcia na powierzchni szkła. Zieleń zgasła, a głos mężczyzny rozciągnął się w metaliczny szum. Na ekranie pojawił się pojedynczy napis: PROJEKT: BAZA CISZY. STATUS OBIEKTU: ARIN. PROCEDURA USUNIĘCIA PAMIĘCI: NIEZAKOŃCZONA. Monitor zgasł. Arin siedział nieruchomo w ciemności. W odbiciu czarnego ekranu widział własną twarz, ale przez moment miał wrażenie, że za jego ramieniem stoi ktoś jeszcze. Odwrócił się. Pokój był pusty. Z ulicy dobiegł odległy sygnał drona patrolowego. Potem wszystko ucichło. Arin spojrzał na martwy nośnik danych i po raz pierwszy pomyślał, że ogród nie był miejscem, do którego miał trafić. Był miejscem, z którego kiedyś uciekł.
Tags
Opowiadania
