Japońskie wpływy w cyberpunku – dlaczego przyszłość tak długo wyglądała jak Tokio?




Kiedy myślimy o cyberpunku, bardzo często widzimy Japonię. Neony zapisane kanji, zatłoczone ulice, automaty, ekrany, kolej biegnącą między wieżowcami, korporacyjne wieże górujące nad małymi barami i starymi świątyniami, katany trzymane przez ludzi posiadających cybernetyczne kończyny. Tokio nocą wygląda niemal jak miejsce, w którym przyszłość pojawiła się wcześniej niż gdziekolwiek indziej. Łatwo więc uznać, że Japonia dała cyberpunkowi przede wszystkim jego wygląd. To jednak tylko powierzchnia. Jej wpływ jest znacznie głębszy. Japonia stała się dla cyberpunku sposobem opowiadania o świecie, w którym technologia rozwija się szybciej niż człowiek potrafi zrozumieć konsekwencje tego rozwoju.

Przyszłość, która przyszła ze Wschodu

Cyberpunk narodził się głównie w zachodniej literaturze science fiction, ale jego rozwój przypadł na szczególny moment. W latach osiemdziesiątych Japonia była jedną z największych potęg technologicznych i gospodarczych świata. Sony, Panasonic, Toshiba, Nintendo czy Toyota przestawały być egzotycznymi nazwami. Japońska elektronika, samochody i kultura coraz mocniej wchodziły do codziennego życia Zachodu. Jednocześnie japońskie miasta wyglądały inaczej niż większość zachodnich metropolii. Tokio oferowało obraz niezwykłego zagęszczenia technologii, ludzi, reklam, transportu i informacji. Dla zachodniego obserwatora mogło wyglądać jak fragment przyszłości. Cyberpunk przejął ten obraz i przesunął go o krok dalej. Dlatego japońskie znaki, korporacje i miasta tak często pojawiały się w zachodnich wizjach przyszłości. Nie zawsze wynikało to z głębokiego zrozumienia japońskiej kultury. Czasem Japonia była po prostu symbolem czegoś nowego, potężnego i trudnego do przewidzenia. Cyberpunk nie tyle przewidywał, że przyszłość będzie japońska. Pokazywał zachodni lęk, że przyszłość może już nie należeć do Zachodu.

Tokio – miasto, które wyglądało jak jutro

W klasycznym cyberpunkowym mieście istnieją jednocześnie dwa światy. Na górze znajdują się korporacyjne wieże, luksus i technologia. Na dole – tłum, małe sklepy, uliczne jedzenie, brud, przewody, reklamy i ludzie próbujący jakoś funkcjonować pomiędzy systemami większymi od nich samych. Tokio doskonale pasowało do tej wyobraźni. Nie dlatego, że było dystopią, ale ze względu na kontrast. Zaawansowana infrastruktura mogła istnieć obok niewielkiej świątyni. Ogromny ekran reklamowy kilka ulic od tradycyjnego lokalu. Superszybka kolej obok miejsc pamiętających zupełnie inną epokę. Cyberpunk pokochał właśnie takie pęknięcia. Przyszłość nie zastępuje w nim przeszłości. Buduje się bezpośrednio na niej. Dlatego miasta tego gatunku rzadko są sterylnymi metropoliami klasycznego science fiction. Są chaotyczne, wielowarstwowe i przepełnione historią. Nowe systemy wyrastają na starych, ale nigdy całkowicie ich nie usuwają. To jedna z przyczyn, dla których cyberpunkowe miasta nadal wydają się wiarygodne. Prawdziwe miasta również nie powstają od początku. One rosną warstwami.

Japonia w Blade Runnerze

Blade Runner jest jednym z najlepszych przykładów wykorzystania japońskich motywów przez zachodni cyberpunk. Los Angeles 2019 nie jest Tokio przyszłości, ale japońska obecność jest tam wyraźna: reklamy, znaki, jedzenie, język i wielokulturowy tłum tworzą miasto, w którym dawne granice kulturowe zaczęły się rozpadać. I właśnie to jest istotniejsze od samych neonów. Miasto Ridleya Scotta nie mówi: „przyszłość będzie wyglądała jak Japonia”. Mówi raczej: przyszłość będzie mieszaniną kultur, technologii i kapitału, której nie da się już łatwo przypisać do jednego miejsca. Człowiek żyjący w takim mieście znajduje się w świecie większym od własnej tożsamości. Reklamy mówią różnymi językami. Korporacje przekraczają granice państw. Ludzie i sztuczne istoty przemieszczają się pomiędzy systemami, które nie pytają ich o pochodzenie. Miasto staje się organizmem, a jednostka tylko jednym z jego elementów.

Japonia stworzyła jednak własny cyberpunk

Na tym historia się nie kończy. Byłoby błędem traktować Japonię wyłącznie jako źródło inspiracji dla zachodnich twórców. Japońscy autorzy zaczęli tworzyć własne wizje technologicznej przyszłości i często robili to zupełnie inaczej. Akira nie potrzebowała zachodniego spojrzenia na Tokio. Neo-Tokio było miastem eksplodującym od wewnątrz – politycznie, społecznie i dosłownie. Technologia, młodość, władza i przemoc zostały wrzucone do jednego organizmu, który przestał być możliwy do kontrolowania. Jeszcze dalej poszło Ghost in the Shell. Tutaj pytanie nie brzmi już tylko: kto kontroluje technologię? Brzmi: co stanie się z człowiekiem, kiedy technologia przestanie znajdować się wokół niego i wejdzie bezpośrednio do jego ciała oraz umysłu? Major Motoko Kusanagi może zmienić ciało. Jej świadomość funkcjonuje w sieci. Pamięć można zmanipulować. Granica pomiędzy biologicznym człowiekiem a maszyną przestaje być oczywista. To jest moment, w którym japoński cyberpunk przestaje być przede wszystkim wizją miasta. Zaczyna być wizją człowieka.

Samuraj przyszłości

Jest jeszcze jeden obraz, którego cyberpunk nie potrafił porzucić: samuraj z przyszłości. Katana obok pistoletu. Tradycyjny kodeks w świecie korporacji. Wojownik posiadający cybernetyczne ciało, ale kierujący się zasadami pochodzącymi z zupełnie innej epoki. To niezwykle atrakcyjny wizualnie motyw, dlatego popkultura wykorzystała go do granic możliwości. Ale pod powierzchnią znajduje się coś ciekawszego. Cyberpunkowi bohaterowie często są ludźmi bez prawdziwego miejsca w systemie. Hakerzy, najemnicy, uliczni wojownicy i byli pracownicy korporacji funkcjonują pomiędzy światami. Nie należą całkowicie do państwa, firmy ani społeczeństwa. W tym sensie znacznie bliżej im do popkulturowego obrazu ronina – wojownika bez pana – niż do samuraja wiernie służącego swojemu władcy. Ich najważniejszym problemem nie jest pokonanie przeciwnika. Jest nim znalezienie własnych zasad w świecie, w którym wszystko można kupić. Nawet lojalność.

Korporacja zamiast państwa

Japoński wpływ na cyberpunk widać również w obsesji gatunku na punkcie wielkich korporacji. W latach osiemdziesiątych gwałtowny rozwój japońskiej gospodarki wywoływał na Zachodzie zarówno fascynację, jak i niepokój. Wielkie japońskie przedsiębiorstwa zaczęły być postrzegane jako symbol nowej formy globalnej potęgi. Cyberpunk zrobił z tego jeden ze swoich fundamentów. W jego świecie korporacja przestaje być przedsiębiorstwem. Staje się terytorium. Ma własną ochronę, laboratoria, wywiad, armię, mieszkania, transport i zasady. Człowiek może pracować dla firmy, mieszkać w jej budynku, korzystać z jej technologii i być przez nią obserwowany. Państwo nadal istnieje, ale coraz częściej znajduje się gdzieś w tle. Dobrym przykładem jest Arasaka z uniwersum Cyberpunk. Jej japońska tożsamość nie jest przypadkową dekoracją. Korporacja reprezentuje świat, w którym ekonomiczna organizacja może posiadać władzę wcześniej kojarzoną z państwem. To jedna z tych cyberpunkowych idei, które po latach brzmią znacznie mniej fantastycznie niż kiedyś.

Nie wszystko jest jednak „japońskie”

Tutaj warto uważać. Cyberpunk przez dziesięciolecia stworzył własną, uproszczoną wersję Japonii. Neony, kanji, ramen, gejsze, katany, zen, samuraje i korporacje zostały wrzucone do jednego wizualnego języka. Czasami mówi on więcej o zachodnim wyobrażeniu Japonii niż o samej Japonii. I właśnie dlatego sprowadzanie cyberpunku do „Tokio + neony + katana” jest błędem. Estetyka została tak mocno skopiowana, że zaczęła przesłaniać idee, które pierwotnie reprezentowała. Cyberpunk nie jest cyberpunkiem dlatego, że na ścianie znajduje się japoński napis. Tak samo jak miasto nie staje się cyberpunkowe dlatego, że pada w nim deszcz. Liczy się pytanie o człowieka żyjącego wewnątrz tego świata.

Ghost in the Shell pokazuje to najlepiej

Dlatego Ghost in the Shell pozostaje jednym z najważniejszych dzieł całego gatunku. Nie dlatego, że ma cybernetyczne ciała, japońskie miasta czy futurystyczną technologię. Dlatego, że usuwa dekoracje i dociera do pytania znajdującego się pod nimi: co pozostanie z naszej tożsamości, kiedy technologia będzie mogła zmienić wszystko, co dotąd uważaliśmy za część siebie? Ciało można wymienić. Pamięć można zmodyfikować. Informacjami można manipulować. W pewnym momencie pytanie o technologię zmienia się więc w pytanie o człowieka. I właśnie tutaj japoński cyberpunk osiągnął coś znacznie ciekawszego niż stworzenie efektownej wizji przyszłości.

Dlaczego Japonia nadal pasuje do cyberpunku?

Dzisiaj świat wygląda inaczej niż w latach osiemdziesiątych. Technologiczna przyszłość nie ma już jednego geograficznego centrum. Seul, Shenzhen, Singapur, San Francisco czy Dubaj mogą dostarczać obrazów równie futurystycznych jak Tokio. Mimo to Japonia pozostała wpisana w DNA cyberpunku. Być może dlatego, że nigdy nie chodziło wyłącznie o technologię. Chodziło o kontrast: stare i nowe, człowiek i maszyna, tradycja i postęp, indywidualność i system, cisza małej świątyni stojącej kilka ulic od ekranów reklamowych większych niż budynki. Cyberpunk żyje właśnie pomiędzy takimi przeciwieństwami.

Japonia nie dała cyberpunkowi neonów. Dała mu lustro

Najciekawsze w japońskim wpływie na cyberpunk nie jest więc to, ile kanji możemy znaleźć w Blade Runnerze ani ilu bohaterów trzyma katanę. Znacznie ciekawsze jest to, co Japonia reprezentowała w wyobraźni twórców. Była przyszłością, która wydawała się jednocześnie fascynująca i obca. Dowodem, że technologia może bardzo szybko zmienić wygląd społeczeństwa, nie usuwając jego przeszłości. Miejscem, w którym tradycja i ultranowoczesność mogły istnieć obok siebie. Zachodni cyberpunk spojrzał na Japonię i zobaczył własne lęki dotyczące przyszłości. Japoński cyberpunk zrobił coś jeszcze ciekawszego. Spojrzał na przyszłość i zapytał, czy człowiek, który do niej dotrze, nadal będzie potrafił rozpoznać samego siebie. I być może właśnie dlatego Japonia tak mocno zrosła się z cyberpunkiem. Nie dlatego, że przyszłość musi wyglądać jak Tokio, ale dlatego, że Tokio pomogło nam kiedyś wyobrazić sobie, że przyszłość już się zaczęła.

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza