Ile kosztuje bezpieczeństwo?
Bezpieczeństwo brzmi jak coś dobrego. Stała praca. Pensja wpływająca co miesiąc na konto. Mieszkanie. Ubezpieczenie. Plan na następny tydzień, miesiąc, rok. Przez większość życia właśnie do tego jesteśmy przygotowywani. Znajdź pracę. Bądź odpowiedzialny. Nie ryzykuj za bardzo. Zbuduj sobie stabilność.
I trudno się z tym kłócić, bo bezpieczeństwo naprawdę ma wartość. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy pewnego dnia odkrywasz, ile za nie zapłaciłeś.
Przez długi czas myślałem, że wolność jest przeciwieństwem obowiązków. Dzisiaj widzę to trochę inaczej. Można mieć obowiązki i nadal czuć się wolnym. Można też mieć pozornie poukładane życie i każdego dnia czuć, że coraz mniej z niego należy do nas. Granica nie przebiega między pracą a brakiem pracy. Przebiega gdzieś pomiędzy tym, co wybieramy, a tym, co robimy już tylko dlatego, że boimy się przestać.
Co będzie, jeśli niczego nie zmienię?
To właśnie strach jest jednym z najskuteczniejszych strażników bezpieczeństwa. Co będzie, jeśli odejdę? Co będzie, jeśli spróbuję czegoś innego? Co będzie, jeśli zarobię mniej? Co będzie, jeśli się nie uda?
Te pytania są rozsądne. Problem w tym, że istnieje jeszcze jedno, które zadajemy sobie znacznie rzadziej:
Co będzie, jeśli niczego nie zmienię?
Ta druga możliwość nie wygląda groźnie. Nie wydarzy się żadna katastrofa. Jutro będzie podobne do dzisiaj. Za tydzień również. Pensja przyjdzie, rachunki zostaną zapłacone, życie będzie funkcjonowało. I właśnie dlatego tak łatwo można w nim zostać przez pięć, dziesięć albo dwadzieścia lat. Wielkie katastrofy zmuszają nas do działania. Wygodne niezadowolenie pozwala nam czekać.
Nie chcę romantyzować ryzyka. Rzucenie wszystkiego bez planu nie jest odwagą tylko dlatego, że brzmi efektownie. Mamy rachunki, rodziny, zobowiązania i ludzi, którzy na nas polegają. Wolność bez odpowiedzialności bardzo szybko może zamienić się w kolejny rodzaj niewoli. Ale istnieje ogromna przestrzeń pomiędzy bezmyślnym skokiem w przepaść a spędzeniem całego życia w miejscu, z którego od dawna chcemy odejść.
Nie trzeba palić mostów
I chyba właśnie tej przestrzeni najbardziej się boimy, bo wymaga działania bez gwarancji. Można przez godzinę dziennie uczyć się czegoś nowego. Można zacząć tworzyć. Można spróbować zarobić pierwsze pieniądze poza etatem. Można wreszcie sprawdzić, czy pomysł, który od lat siedzi w głowie, rzeczywiście ma jakąkolwiek wartość.
Nie trzeba od razu palić mostów.
Wystarczy zacząć budować drugi.
To brzmi prosto, dopóki nie trzeba tego zrobić. Bezpieczeństwo ma bowiem jeszcze jedną właściwość: przyzwyczaja. Po latach człowiek przestaje bać się wyłącznie utraty pieniędzy. Zaczyna bać się utraty znanego świata, nawet jeśli go nie lubi. Wiemy, o której trzeba wstać. Wiemy, dokąd pojechać. Wiemy, czego się od nas oczekuje. Narzekamy na rutynę, ale rutyna zwalnia nas z konieczności ciągłego podejmowania decyzji.
Wolność działa odwrotnie. Brzmi pięknie, ale oznacza odpowiedzialność. Jeśli sam wybierasz drogę, trudniej obwiniać kogokolwiek, kiedy prowadzi donikąd. Nie ma przełożonego, systemu ani grafiku, za którym można się schować. Jest własna decyzja i jej konsekwencje. Być może dlatego czasami łatwiej marzyć o wolności, niż rzeczywiście zacząć ją budować.
Jeszcze nie teraz.
Sam długo wpadałem w tę pułapkę. Myślałem o zmianie, analizowałem możliwości, wyobrażałem sobie inne życie. W głowie wszystko było możliwe. Problem pojawiał się w momencie, kiedy trzeba było zrobić coś konkretnego. Wtedy natychmiast pojawiały się argumenty, dlaczego jeszcze nie teraz. Jeszcze trochę pieniędzy. Jeszcze trochę wiedzy. Jeszcze lepszy moment. Jeszcze większa pewność.
Tylko że pewność prawdopodobnie nigdy nie przyjdzie.
Można przygotować się lepiej. Można zmniejszyć ryzyko. Można odłożyć pieniądze i zdobyć umiejętności. Nie można jednak sprawdzić przyszłości przed podjęciem decyzji. W pewnym momencie trzeba zrobić krok, nie wiedząc, czy ziemia będzie dokładnie tam, gdzie jej oczekujemy.
Cena bezpieczeństwa
Coraz częściej myślę więc, że bezpieczeństwo nie jest problemem. Problemem jest cena, którą jesteśmy gotowi za nie płacić. Jeśli dzięki stabilności mogę spokojnie żyć, rozwijać się, być z ludźmi, których kocham, i robić rzeczy, które mają dla mnie znaczenie, bezpieczeństwo jest czymś wartościowym.
Jeśli jednak każdego dnia płacę za nie własnym czasem, energią i poczuciem, że moje prawdziwe życie zacznie się kiedyś później, rachunek zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.
Bo pieniądze można odzyskać. Pracę można zmienić. Nieudany projekt można rozpocząć jeszcze raz. Czas działa według innych zasad. Godzina sprzed dziesięciu lat nie czeka gdzieś na koncie, żeby można było ją później wypłacić. Dzień, który minął, naprawdę zniknął.
I może właśnie dlatego pytanie o bezpieczeństwo jest w rzeczywistości pytaniem o czas.
Ile swoich dni jesteśmy gotowi oddać w zamian za pewność, że jutro będzie wyglądało mniej więcej tak samo jak dzisiaj?
Bezpieczeństwo czy klatka?
Nie znam dobrej odpowiedzi. Sam nadal jej szukam. Nie chcę uciekać od odpowiedzialności. Nie chcę też pewnego dnia odkryć, że odpowiedzialnością nazywałem strach przed zmianą. Pomiędzy tymi dwiema rzeczami istnieje cienka granica i chyba każdy musi znaleźć ją sam.
Projekt 47 nie jest dla mnie historią o rzucaniu pracy, uciekaniu od systemu czy zaczynaniu życia od początku. Jest próbą odzyskiwania wyboru. Małymi krokami. Sprawdzaniem, czy rzeczy, które uznaję za konieczne, rzeczywiście takie są. I budowaniem życia, w którym bezpieczeństwo jest fundamentem, a nie klatką.
Nie chcę więc kończyć tego tekstu radą, żebyś zaryzykował. To byłoby zbyt łatwe. Chcę zostawić Ci inne pytanie.
Gdybyś wiedział, że przez następne dziesięć lat nic w Twoim życiu się nie zmieni, poczułbyś spokój czy strach?
Bo być może odpowiedź mówi więcej o naszym życiu niż wszystkie plany, które robimy na przyszłość.
